Po długim namyśle Poszukiwacz postanowił wykorzystać Leah, więc szybkim krokiem ruszył poprzez korytarze do jej komnaty. Nie ważne, że Mason nie wiedział o jego planie. Miał już go dosyć i tych jego zasad. Chciał zrobić coś, co od jakiegoś czasu układał sobie w głowie. I nie była to łatwa sprawa, bo była ona zakazana. Kiedy stanął przed drzwiami azylu dziewczyn, wszedł bez uprzedzenia. Po co ma pukać? Nie widział w tym żadnego sensu.
-Potrzebuję czegoś, co należy do twojej siostry. Czegoś, co jest przesiąknięte jej zapachem. Najlepiej jej ubrania, które nosiła wczoraj.
 Nic z tego nie rozumiejąc, lecz z pewnym strachem w oczach Leah podała mu sukienkę, którą wczoraj jej siostra miała na sobie.
-Mogę ci jedynie dać to, bo bielizny to raczej ci nie dam - spróbowała rozluźnić atmosferę, co marnie jej wyszło, bo skarcił ją surowym wzrokiem.
-Dobra, a teraz wróć do swoich zajęć i gdyby ktoś pytał się ciebie o twoją siostrę, to powiedz, że wyszła gdzieś sprzątać, albo na lekcje łucznictwa czy jazdy konnej. O, i ani słowa, że mnie spotkałaś, rozmawialiśmy i dałaś mi coś, co należy do niej - Leah wyczuła, że mówi on poważnie, więc bez sprzeciwu pokiwała głową.
 Następnie z determinacją wymalowaną w oczach John wyszedł z jej komnaty kierując się do swojej. Musi zabrać swój wór, który zawsze bierze na polowania, a później jak najszybciej wydostać się z tego zamku. Oczywiście, bił się z myślami, bo jeśli to zrobi ktoś może stracić życie, ale jeśli tego nie zrobi, konsekwencja będzie taka sama, jednak różniąca się osobą, która mogłaby stracić życie. Dlaczego wszystko musi być takie pogmatwane? -pomyślał.

*w tym samym czasie w Sali Narad*

 -Musimy coś zrobić! Jeśli będzie tak dalej, będziemy musieli opuścić to miejsce! Mamy coraz mniej pożywienia, więc opanujcie się! - krzyczał Mason. 
 Faktycznie, w  hrabstwie Nottinghamshire zaczynało brakować mieszańców. Ci, którzy zostali kilkanaście lat temu zaczęli się znowu wysiedlać, a niewielki ich odsetek albo już nie żył, albo spędzał swoje ostatnie dni w lochach czekając na śmierć. Problemem było także to, że po dawnym wysiedleniu zostali praktycznie tylko starsi - już się nie rozmnażali. Dla mieszkańców zamku było to ciosem w plecy i wiadomo było, iż do takiej sytuacji jak teraz, wcześniej czy później dojdzie. To była kwestia czasu.
 -Mistrzu, chciałbym zwrócić uwagę, że możemy niewiele zrobić. Mówiąc szczerze, to nawet nie możemy zrobić nic - Aaron próbował nakreślić dokładnie sytuację władcy, jednak nie wiedział, że porywał się na głęboką wodę.
 Wystarczyło tylko, że Mason przymknął swoje oczy - jeden ze strażników wyleciał w powietrze, a następnie uderzył w ścianę, po czym obsunął się w dół na posadzkę i doświadczył takiego bólu na całym ciele, że aż zaczął się zwijać.
 -Tak myślisz, Aaronie? Dla mnie nie ma nic niemożliwego! - zagrzmiał Mistrz. -Oto stoi przed tobą ten, któremu zawdzięczasz życie i ten, dzięki któremu to wszystko się jeszcze trzyma.
 "Tak, masz rację. Gdyby nie twoje krwawe i okrutne rządy wszyscy byliby szczęśliwi i nie musielibyśmy uzależniać się od tego świństwa" - pomyślał Aaron, jednak nie miał do końca odwagi, by to przyznać. Wolał siedzieć cicho i być posłusznym, bo i tak nic by nie zrobił. A jeśli tak, to najwyżej skazałby się na śmierć. Ot tak, mówisz co chcesz - wio, na stryczek lub zaprzyjaźniamy twoją szyję z mieczykiem. Proste? Proste.
 -Teraz przejdźmy do meritum sprawy; musimy uniemożliwić wysiedlenie się tych ludzi, a później doprowadzić do tego, by inni zamieszkali niedaleko ich domów. Po 1) nie mogą nic podejrzewać, a po 2) jeśli nie zaczną się nawzajem ze sobą rozmnażać, to wiecie co będzie - nie kto inny jak Mistrz wydał rozkaz.
 Jego poddani nie do końca mogli zrozumieć dlaczego uważa ludzi za gorszą rasę - przecież razem ze swoim dworem nie byli lepsi, różnili się tylko szczegółami (no i niestety charakterami oraz przyzwyczajeniami), ale lepiej nie narażać się Panu. Tak było od dawnych czasów i tak pewnie musi być. Trudno.
 -Drodzy Aaronie i Heleno, proszę, abyście przyprowadzili teraz wasze podopieczne do mnie. Musimy porozmawiać - dziewczęta mogą, ba, muszą nam pomóc. - Machnął  na nich ręką, pokazując tym samym, że mają odejść po nie.
 Aaron już wyczuwał kłopoty. I to wielkie.



/Wiktoria (dawna Wikaa)

4 komentarze:

  1. Już nie mogę się doczekać następnego rozdziału tak mnię to wciągnęło! O.o

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajny post. Piękny, rzeczowy blog.
    Jestem blogerem modowym, ale na moim blogu pojawił się post o książce.
    Szczególnie zależy mi na komentarzu kogoś takiego jak ty - z doświadczeniem.
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie. ~ http://gabriel-data.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow.
    Okej, na początku WOW XDD serio, rozdział jest super i czekam na nn i zapraszam http://dangerous-life-darling.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny blog, zapraszam do siebie jestem tutaj nowa. Miłego dnia;)

    OdpowiedzUsuń